Trzeba sobie radzić i próbować rzeczy, które zwykle by nas może nie przyciągały. Średnio lubię Amerykę i nigdy nie kojarzyła mi się z dobrym winem. Ale zdecydowałem się na eksperyment i spróbowanie standardowego amerykańskiego Zinfandela z półki do 30 pln.
Sutter Home piłem już kiedyś, było z odmiany Merlot i nie było złe. Moje doświadczenia natomiast z Zinem ograniczają się do wypicia kiedyś butelki Zinfandel Rosé (chilijskiego lub amerykańskiego). Tamten Zin jak przystało na Rosé – wchodził jak soczek. I jak to różowe – nie pozostawiał po sobie żadnej ciekawszej nuty. Służył po prostu do popijania, filozofowanie przekładając na kiedy indziej.
Zapach z lampki jest trochę pierny, a może to zioła albo – jak to pięknie określają znawcy win – ziemia. W ustach wino jest trochę kwaśne. Po pierwszym łyku twierdziłem, że z tego powodu nie wezmę go już do gęby. Ale się przełamałem. Wino dostało powietrza, a ja spróbowałem ponownie. Kwaśność przyćmił trochę aromat czerwonych owoców. A potem.. nic. Wino nie odgrywa żadnego zakończenia. Po momencie przełknięcia, kiedy czuje się słabe taniny cały aromat ginie, trzeba sięgać po kolejny łyk. Pozostawia w ustach tylko aromat jeżyn. Ale nie zmienia to faktu, że kończy się bardzo szybko i jest takie jakby trochę niewyraźne. Rzec można chyba, że ubogie. Z drugiej strony jest płynne.
Po kiepskim pierwszym wrażeniu było już tylko lepiej. Przekonuję się, że coś w tym winie jest, czymś smakuje, coś przywodzi na myśl. Ale to nie jest odmiana, do której będę często wracał. Na pewno kiedy znowu będę chciał spróbować Zinfandela, to kupię go z etykietą jakiejś innej winnicy. To co dziś wypiłem mnie trochę zaskoczyło i trzeba by się przekonać, czy w innym wydaniu również będzie takie odległe od tego, czego się spodziewam.